AkcjaNowości

Recenzja filmu „Dżentelmeni” (2019)

Informacje

  • reżyseria: Guy Ritchie
  • scenariusz: Guy Ritchie
  • gatunek: Akcja
  • premiera: 21 lutego 2020

ogladaj-online

Guy Ritchie był kiedyś nazywany „Brytyjskim Tarantino”, i to było zdecydowanie zasłużone miano. „Porachunki” czy „Przekręt” były naprawdę jak „Pulp Fiction”. Ta sama nieliniowa narracja, dialogi z pazurem, ostra edycja. Jednak wśród wszystkich zwolenników Tarantino tylko Richie znalazł swoją własną intonację, głównie ze względu na swoje brytyjskie pochodzenie. W jego obrazach zbrodnia jest angielska, podobnie jak angielskie przekleństwa i angielscy antybohaterowie. Jak bardzo rozeszły się drogi obu dyrektorów, pokazał ubiegły rok. Jeden z nich nakręcił drogi, ale wyłącznie autorski film „Pewnego razu… Hollywood” (z Bradem Pittem i Leonardem DiCaprio, a drugi – remake Disneya „Aladyn” (z Willem Smithem). Tym razem Guy Ritchie postanowił wrócić do korzeni, ale czy Brytyjczycy nie stracili siły przebicia po tylu latach hollywoodzkiej rutyny?

Zacznijmy od początku…

Mickey Pearson (jak zawsze doskonały Matthew McConaughey) to żywa legenda. Jankes z biednej rodziny, który jako nastolatek trafił do Oksfordu w ramach programu stypendialnego i zaczął sprzedawać marihuanę wśród angielskich wyższych sfer. Przez lata zarozumiały Amerykanin zbudował całe imperium narkotykowe na Foggy Albion z miliardem dolarów rocznego obrotu. Jednak nadchodzą zmiany, legalizacja nie jest odległa. A jeśli sam biznes zostanie uznany za legalny przez władze, to założyciel firmy może mieć wiele niewygodnych pytań – droga do władzy była boleśnie zakrwawiona. Więc pomysł Mickey’ego był taki, żeby sprzedać swoje imperium po wyższej cenie i cieszyć się zasłużoną emeryturą u boku wspaniałej żony Ros (Michelle Dockery). Gdy znalazał już nabywcę, ustalili cenę pojawiły się dwa nieprzewidziane problemy z którymi nasz bohater musi się zmierzyć. Po pierwsze, bezczelny młody gangster o pseudonimie Suche Oko (Henry Golding) próbuje przejąć biznes za darmo. A po drugie, redaktor naczelny słynnego tabloidu ma pretensje do Pearsona i każe swojemu najlepszemu dziennikarzowi szukać brudów (któryh wcale nie jest mało!).

Kochane lata 90ąte

Już od pierwszych ujęć filmu widać, jak bardzo Richie tęsknił za latami 90ątymi i ich (i swoim) stylem. Już w pierwszych minutach widzów czeka agresywny montaż wideo, zabawa z filtrami, dialogi ociekające sarkazmem i obsceniczne żarty – w ogóle wszystko, na co reżyser mógł sobie pozwolić w latach dziewięćdziesiątych. Czasami wydaje się, że „Dżentelmeni” nie został nawet sfilmowany przez samego Guya Ritchiego, ale przez młodego wielbiciela jego wczesnych dzieł.

Jak za starych czasów

Nic dziwnego, że wielu amerykańskich krytyków wzięło „Dżentelmenów” na języki. Film nie wpisuje się w nurt poprawności politycznej. Znajdziecie w nim całą masę żartów o Żydach, Afro-Brytanach, Azjatach, gejach, irytujących Jankesach, czasopismach bez skrupułów, arystokratach bez kręgosłupa i wiele innych. Jeśli łatwo Was urazić, darujcie sobie ten film. Wymagany jest duży dystans do siebie, problemów świata, historii i generalnie wszystkiego.

Dom który zbudował Jack…

Znacie taką bajeczkę-rymowankę? Nie? Nic straconego! Właśnie tak wygląda fabuła Ritchiego. Mickey, przygotowuje interes z marihuaną. Suche Oko próbujący zepsuć umowę  Mickeya. Dziennikarz Fletcher (Hugh Grant), śledzi Suche Oko i zbiera brudy na Mickeya. Trener (Colin Farrell), który nie ma chyba nic wspólnego z tym, co się dzieje, ale tak się tylko wydaje. I tak kolejna pojawiająca się postać dokłada swoje trzy grosze do historii, która z każdym bohaterem komplikuje się coraz bardziej. Jak zawsze w przypadku Richie’go, potrzebny jest mylący system relacji, aby odtworzyć na ekranie prawdziwy wodewil, tylko z krwią, strzelaninami i cała masą przekleństw. Ponieważ to, co dzieje się na ekranie w połowie składa się ze szczęśliwych przypadków a w połowie z małych, średnich i dużych katastrof, nie jest łatwo przewidzieć historię, choć w rzeczywistości jest ona dość prosta.

Zaskakujące postaci

Film działa nie tyle dzięki wysiłkom scenarzysty, co dzięki umiejętności współpracy z aktorami. Każdy z nich występuje w nietypowej roli. Charlie Hunnam gra bardzo inteligentnego i pedantycznego przestępcę Raya. Colin Farrell przedstawia prostego, ale nie głupiego Trenera – jedną z najbardziej kolorowych i zabawnych postaci w filmie. Jednak największym zaskoczeniem jest Hugh Grant. Dziennikarz Fletcher w swoim spektaklu jest chamski, wulgarny i ogólnie sprawia wrażenie człowieka, z którym nie nie chcielibyśmy mieć zbyt wiele wspólnego. Z jego ust wylewają się perliście hasła, które na pewno będziecie cytować. Matthew McConaughey natomiast nie jest zaskoczeniem ani trochę – dostał swoją zwykłą rolę jako samiec alfa. Ale to nie znaczy, że aktora nie chce oglądać! Wręcz przeciwnie! Mickey jest prawie tak brutalny i charyzmatyczny jak Cliff Booth z „Pewnego razu w… Hollywood.”

Nierówny rytm

Dżentelmeńskie niedoskonałości można przypisać jedynie wyboistemu rytmowi. Czasami wydaje się, że Ritchie próbował przerwać przedstawienie, by wrzucić poważną, a nawet tragiczną scenę. To jak przypomnienie, że mamy umierających ludzi, a narkotyki są złe w połowie szalonej imprezy. Historia nie musiała być rozciągnięta na dwie godziny – niektóre sceny można wyrzucić bez większych strat dla fabuły.

Ale to bardziej czepianie się niż faktyczne wady filmu. Ogólnie rzecz biorąc, „Dżentelmeni” to wspaniały prezent dla wszystkich fanów twórczości Guya Ritchiego w szczególności i gatunku komedii kryminalnej w ogóle. Dobra zabawa gwarantowana!