DramatNowości

Recenzja filmu „Misja Greyhound” (2020)

Informacje

  • reżyseria: Aaron Schneider
  • scenariusz: Tom Hanks
  • gatunek: Dramat
  • premiera: 10 lipca 2020

ogladaj-online

1942, dowódca marynarki wojennej USA Ernest Krause (Tom Hanks) przejmuje jego pierwsze zadanie na pokładzie USS Keeling – kryptonim: Greyhound. Jego misja polega na poprowadzeniu międzynarodowego konwoju 37 statków alianckich przez zdradziecki Północny Atlantyk do Liverpoolu, cały czas omijając niemieckie U-Booty. To poruszająca historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Zwykły gość w niezwykłej sytuacji

Tom Hanks zrobił karierę grając zwykłego, przyzwoitego człowieka postawionego w sytuacji nadzwyczajnego przymusu, czy to w kosmosie („Apollo 13”), Normandii („Szeregowiec Ryan”) czy wodach Somalii („Kapitan Phillips”). Tym razem jest on dowódcą Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, Ernestem Krause’em, prowadzącym 37 okrętowy konwój statków przewożących wojska i zapasy w rejonie środkowego Atlantyku zwanym „Black Pit”, ponieważ wykraczał on poza zasięg osłony powietrznej. Historia zaadaptowana została z powieści C.S. Forrestera „Dobry pasterz”, natomiast sam Tom Hanks zajął stanowisko scenarzysty. „Misja Greyhound”, jeśli chodzi o szacunek do tematu utrzymuje się w czołówce najlepszych filmów wojennych obok takich hitów jak  „Kompania braci” czy „Pacyfik”. Hanksa jako producent cechuje się przede wszystkim swego rodzaju szczerością, która dodaje filmowi prawdziwości. Jednak pomiędzy przyzwoitą scenografią a fascynującym wglądem w taktykę wojenną i innymi drobiazgami, „Misji Greyhound” brakuje  charakteru i głębi, które uczyniłyby go naprawdę niezapomnianym filmem.

Zacznijmy od początku

Po lekko przedłużającym się prologu i retrospekcji: Krausa wymieniającego się prezentami świątecznymi z dziewczyną Evie (Elisabeth Shue) – ona dostaje głupiutką świąteczną dekorację, on monogramowane pantofle – film wrzuca nas w gorączkę walki Krausa i jego załogi. Atakujące łodzie podwodne, załoga z trudem odpierająca ataki, szum, krzyk i ostra jazda bez trzymanki. Scenariusz Hanka wspaniale rzuca w widza żargonem morskim i jedyne na co można mieć nadzieję, to to że na fali nowego słownictwa widz nie utonie a utrzymasz się na powierzchni. Ta ciągła sekwencja akcji wyznacza pewnego rodzaju szablon, schemat działania – zbliżenia Hanksa wyglądającego przez okno; burzliwe morze (ooczywiście wygenerowane komputerowo); dużo scen w niewielkich, ciasnych przestrzeniach; i uderzające, natarczywe zagrożenie (za każdym razem, gdy pojawia się niemiecka łódź podwodna, pojawia się krzykliwy motyw muzyczny). Świeżym uczuciem i pewną odmianą  jest zabawa w kotka i myszkę na statku czy podwodne szachy nad wodą.  Innym duzym plusem jest fakt, że film jest przepojony ciekawymi szczegółami z II wojny światowej.

Zwykli bohaterowie w Misja Greyhound

Kolejna akcja rozgrywa się w ciągu 24 godzin, gdy Krause i jego współpracownicy muszą eskortować konwój do Liverpoolu. Zamiast obnażać bohaterów, czy wręcz przeciwnie- gloryfikować ich nad wyraz, w centrum uwagi znajduje się codzienna, zwykła, szara rzeczywistość, z którą borykają się ci mężczyźni. Dostajemy więc wadliwy sprzęt (wycieraczki, sonar), brak paliwa, zbliżający się wybuch tankowca i niemalże kolizję z U-Bootem. Widać efekt, do którego zmierzają Hanks i reżyser Aaron Schneider, którego ostatnią pracą reżyserską było „Aż po grób” w 2009 roku, wciągająca, pozbawiona kontekstu wycieczka na pokładzie oblężonego okrętu wojennego. Z żalem musimy przyznać, że nie ma w niej takich filmowych emocji, jak na przykład „Okręt”. Rzadko kiedy czujesz, że Hanks i jego załoga są na morzu, a filmowi brakuje dodatkowej tekstury, która uczyniłaby wnętrze statku bohaterem samym w sobie.

Usa-Niemcy

Istnieją wymowne, topowe ujęcia walki USA z Niemcami, które graficznie ożywiają starcie – w pewnym momencie kamera dramatycznie zbliża się od bitwy, by wzbić się w niebo i zobaczyć zorzę polarną. Film jest przeplatany wymownymi ciekawostkami dotyczącymi szczegółów z II wojny światowej, na przykład Niemcy używają wabika zwanego „pillenwerfer”, aby zepsuć odczyty sonaru amerykańskiego; odrobina oleju, która ujawnia, że trafili w cel podwodny. Jest tu też wskazówka do innego rodzaju filmu wojennego, jakim mógł być „Misja Greyhound”: kiedy Krause przewodniczy pogrzebowi na morzu, pojawia się wyraźnie ludzki moment, kiedy ciało odmawia zgrabnego ześlizgnięcia się do oceanu.

Czegoś zabrakło…

Rzeczywiście, brakuje tu człowieczeństwa. Postaci są wprowadzane, ale znikają chwilę później. Hanks jest otoczony przez młodych amerykańskich aktorów grających różnych mało zapadających w pamięć bohaterów. Naprawdę widzowie żadnego z nich nie rejestrują się w żaden sensowny sposób. Stephen Graham jako prawa ręka kapitana Kraus podobnie nie ma wiele do roboty poza rysowaniem na mapach linii prostych z pomocą linijki. troszkę bardziej angażuje się w debatę na temat tego, czy wysłanie sygnału o tym, że potrzebują pomocy ujawni Niemcom ich pozycję. Ale bez wątpienia największym problemem jest sam kapitan Krause. Jeśli Krause ma wewnętrzne konflikty co do swoich decyzji, to ani Tom Hanks-scenarzysta, ani Tom Hanks-aktor nie pokazali tego w żaden sensowny sposób. Hanks jest zawsze miły dla oka i przyjemnie się go ogląda, ale Krause pozostaje nieprzenikniony. Gdyby bohaterowie mieli trochę więcej czasu na pokazanie się i interakcję, „Misja Greyhound” mógłby zdobyć salut wojskowy.

W dwóch słowach

Poważny, pełen dobrych intencji kawałek historii morskiej II wojny światowej, pełen fascynujących szczegółów i dobrej akcji, ale pozbawiony głębi i dynamiki, które sprawiłyby, że naprawdę zanurzysz się w ten marynistyczny dramat wojenny.